PORADY PSYCHOLOGICZNE

"Czytałam kiedyś przedstawiony przez psychologa portret psychologiczny kobiety, która nie chce mieć dziecka. I wyczytałam tam, że taka kobieta jest egoistką, która nie potrafi się dzielić miłością. No, ale psycholog pewnie był moherem i matką-polką..."
Millagros

Czy macierzyństwo jest przeznaczeniem każdej kobiety?  Czy bezdzietność powoduje, że stajemy się nieszczęśliwe? Kto doświadcza lęku przed macierzyństwem? Jakie są tego przyczyny i konsekwencje? Co z tym lękiem możemy zrobić?

Ad personam
Z góry ostrzegam. Jestem psychologiem, katolikiem i mamą czwórki dzieci, a więc "moherem" i "matką-polką". Dlatego osobom, które używają argumentum ad personam w celu zdyskredytowania merytoryki wypowiedzi odradzam czytanie mojego artykułu. Niewątpliwie osobiste doświadczenie bycia matką wpływa na sposób spostrzegania macierzyństwa – łatwiej mi zaakceptować np. wyniki badań psychologicznych które budziły we mnie opór, gdy byłam panienką. A jednak chcę rzetelnie podejść do tematu, tak by niepotrzebnie nie budzić poczucia winy w bezdzietnych.

Brutalne statystyki
Ludzie w ogóle dzielą się na dwie kategorię: na jedną niższą, ludzi zwykłych, czyli tak zwany materiał, którzy służą tylko do rozmnażania i utrzymania życia, oraz kategorię drugą, do której należą ludzie w całym tego słowa znaczeniu, to jest Ci, którzy mają dar lub talent wypowiedzenia nowego słowa w swoim środowisku.
Raskolnikow "Zbrodnia i kara"

Zacznijmy od odpowiedzi na pytanie o związek między poczuciem szczęścia a macierzyństwem. W roku 1993 opublikowano wyniki badań, które wstrząsnęły feministkami,  spostrzegającymi ciążę  jako "redukcję do bycia inkubatorem dla płodu" a wielodzietność, jako sprowadzenie kobiety do roli maciory. Badacze śledzili przez 15 lat losy niemal miliona kobiet – zarówno "singielek" jak mężatek, pod kątem depresji i skłonności do samobójstwa. Oto wyniki badań:

Bezdzietne samotne kobiety częściej popełniają samobójstwa niż mężatki, niezależnie od wieku. Wśród kobiet zamężnych matki rzadziej popełniają samobójstwo niż kobiety bezdzietne.  Bardzo ciekawe zjawisko dotyczy kobiet w okolicach menopauzy. Okazało się, że w tym przedziale wiekowym najmniej skłonne do depresji i samobójstw są matki wielodzietne. Istnieje wręcz bezpośredni związek – im więcej dzieci tym mniejsza skłonność do depresji i zachowań autodestrukcyjnych. Związek ten istnieje niezależnie od innych czynników, które mogłyby na to wpływać  – jak np. wykształcenie, czy przynależność do określonej warstwy społecznej.

Jak widać, obiektywne dane pokazują, że macierzyństwo daje poczucie szczęścia. Żaden inny cel zastępczy (np. kariera zawodowa) nie daje kobiecie takiego oparcia, jak bycie matką. Tu warto od razu przyjrzeć się tezie o "osobach które mają dar lub talent wypowiedzenia nowego słowa w swoim środowisku." Zdecydowana większość kobiet "z wyboru" podejmujących decyzję o bezdzietności nie ma znaczących osiągnięć w jakiejkolwiek dziedzinie. To nie jest tak, że czas zyskany przez bezdzietność zostaje twórczo wykorzystany. Jedynym osiągnięciem jest zwykle więcej uzyskanych dóbr materialnych, czy pięcie się po szczeblach hierarchii władzy w firmie. A "zaoszczędzony na pieluchach" czas jest marnowany na poszukiwanie nowych sposobów spędzania czasu wolnego, gdy stare rozrywki się nudzą. Ewentualnie na zdobywanie kolejnego tytułu na kolejnych studiach podyplomowych. Pozostaje jednak pewien odsetek kobiet bezdzietnych z wyboru, które "mają dar lub talent wypowiedzenia nowego słowa". Słowa te zwykle dotyczą walki z macierzyństwem. Dlaczego? Przyczynami zajmiemy się później.

Biologia
Te związki, które znam i które są bezdzietne, raczej szczęśliwe nie są... niby staż związku mają długi - bo i po 7, 8, 10 lat i dzieci nie mają z różnych powodów- najczęściej uważają, że jeszcze czas ... W jednej parze to facet bardzo chce a ona nie... bo nie... kiedy on się napije, to ten temat zawsze wychodzi, ma żal do niej, żal ale nadal są razem. Kiedy ma się 33 lata i kilkanaście lat razem, trudno tak zamknąć związek nawet lub tylko z powodu różnicy zdań na temat dziecka. No i nudzą się w związku i wynajdują tematy zastępcze typu seks np. - zaczęli eksperymentować z innymi parami, coś ich ciągle "niesie", szukają czegoś w życiu ale nie wiedzą czego... Kiedy się z nimi rozmawia czuje się, że nie są spełnieni, są niespokojni, niepewni... Żal mi ich, myślę, że dziecko by ich wyciszyło i ustabilizowało, on zresztą tego bardzo chce a ona?... To nie jest dla mnie jednak do końca normalne, że kobieta tak negatywnie podchodzi do posiadania dziecka... Nie chodzi tu o bycie matką polką itd. ale sądzę że macierzyństwo tkwi w naszych genach, to jest naturalne i jeśli ktoś się tak od tego odżegnuje, to powinien udać się do specjalisty...
klu

Istnieje bardzo ciekawe zjawisko będące solą w oku feministek. A dotyczy właśnie oka. Opisuje je Desmond Morris, biolog, autor bestselleru Naga małpa. Otóż, jak już dawno zaobserwowano, gdy widzimy coś wzbudzającego w nas pozytywne emocje, godnego pożądania – rozszerzają się nam źrenice. Pan Morris zwraca uwagę, że rozszerzenie źrenic wywołuje u ludzi widok niemowlaka – z tym, że u kobiet zawsze, a u mężczyzn dopiero gdy sami stają się ojcami.

Gdy na warsztatach z komunikacji interpersonalnej podawałam ten opis jako przykład mowy ciała kilkakrotnie spotkałam się z ostrym atakiem ze strony uczestniczek. Uważały zdaje się ten fakt za upadlający.

Z bardziej racjonalnych argumentów padało, że biologia biologią, jednak jesteśmy homo sapiens i sam fakt, że jakaś reakcja fizjologiczna przychodzi automatycznie nie oznacza,  że musimy się jej poddać, bo w końcu mamy rozum. Czyli że sam fakt, iż biologicznie niemowlęta wzbudzają w nas pozytywne emocje nie oznacza, że sami musimy mieć dzieci.

Bardzo dobrze, cieszę się ze zwrócenia uwagi na to, że mamy rozum i nie musimy być niewolnikami uwarunkowań biologicznych. Jednak głoszą to ludzie, którzy całkowicie odrzucają pomysł czasowej (na przykład npr) lub stałej (celibat) abstynencji seksualnej, jako "nienaturalnej". Tu używają argumentu, że próba kontrolowania popędu seksualnego jest niezdrowa, bo sprzeczna z naturalnymi a więc dobrymi impulsami.

Może lepiej pogodzić się z faktem, że dążenie do rodzicielstwa wynika z samej natury człowieka i pojawia się nawet na poziomie bardzo podstawowym – biologicznym. Kobietom, które to zaakceptują łatwiej poradzić sobie z wszelkimi problemami emocjonalnymi związanymi z niemożnością zostania matką. Z jednej strony niektóre problemy z akceptacją rodzicielstwa, wynikające z tramautycznych doświadczeń z dzieciństwa, niedojrzałości, problemów psychicznych – da się leczyć psychoterapią (a czasem psychiatrycznie). Z drugiej strony istnieją kobiety, których problemy nie pozwolą nigdy na bycie matką. Są także kobiety, których powołanie nie obejmuje bycia matką biologiczną - zakonnice, które dokonały świadomej rezygnacji z macierzyństwa biologicznego w imię wyższych ideałów.

Dla mnie jako psychologa zdumiewająca jest intuicja Kościoła Katolickiego w tym zakresie. Jest bodajże jedyną instytucją na świecie uznającą i szanującą naturalne dążenie kobiet do macierzyństwa i oferującą wszystkim kobietom możliwość wykorzystania tego naturalnego daru. Chodzi o macierzyństwo duchowe.

Macierzyństwo duchowe
Powołanie do duchowego macierzyństwa wobec kapłanów jest zbyt mało znane, słabo rozumiane, a przez to rzadko przeżywane, mimo jego życiodajnego i fundamentalnego znaczenia. To powołanie – często ukryte, niewidoczne dla ludzkich oczu – ma na celu przekazywanie życia duchowego.
Adoracja Eucharystyczna w intencji uświęcenia kapłanów oraz duchowe macierzyństwo" Kongregacja ds. Duchowieństwa, Wydawnictwo Sióstr Loretanek, 2008.

Każda kobieta która sama nie ma dzieci,  może realizować swoje macierzyństwo na płaszczyznie duchowej, modląc się i ofiarowując nieprzyjemności, czy wręcz cierpienia dnia codziennego w intencji np. kapłanów. Papież Jan Paweł II uważał to za bardzo ważne, dlatego chciał mieć w Watykanie zakon klauzurowy, który modliłby się w jego intencjach. A kapłani, jako ci, którzy w oczach opinii publicznej są reprezentantami,  "pracownikami pierwszej linii" Kościoła Katolickiego, bardzo takiej modlitwy potrzebują. Są na celowniku. Każdy błąd, każdy grzech kapłana jest bardziej widoczny i przynosi więcej zgorszenia niż świeckiego katolika. Modlitwa za kapłanów, otoczenie ich swą macierzyńską miłością, jest zatem misją szlachetną i niezwykle dla Kościoła pielgrzymującego istotną.

Inną postacią macierzyństwa duchowego jest duchowa adopcja dzieci nienarodzonych. Polega na podjęciu zobowiązania by przez 9 miesięcy codziennie modlić się jedną tajemnicą różańca w intencji poczętego dziecka, którego życie jest zagrożone i jego rodziców. Więcej na stronie: http://www.duchowaadopcja.com.pl

Macierzyństwo można realizować też opiekując się cudzymi dziećmi – w przedszkolach, szkołach, ochronkach. Udaje się to i przynosi dobre owoce pod warunkiem akceptacji swojego instynktu macierzyńskiego, a zatem unikania zgorzknienia i zazdrości wobec matek biologicznych.
Niemożność macierzyństwa zostawia w życiu kobiety pustkę. Możemy udawać, że jej nie ma, możemy próbować zasypać feministycznymi sloganami, możemy w końcu ten fakt zaakceptować i przepracować. Znam kobiety, które nie mogąc mieć dzieci są doskonałymi „matkami emocjonalnymi” dla innych ludzi, obdarowując ich przyjaźnią i opieką.  Czyli to nie jest tak, że życie bezdzietne to życie bez sensu. Kobieta nie musi być matką by być w pełni realizującym się człowiekiem, nie można jednak udawać, że niczego przez to nie traci.

Kto boi się macierzyństwa
Wspominałam już w przeszłości, jak byłam przerażona w ciąży. Trochę czasu zabrało mi rozpracowanie przyczyn, ale doszłam do wniosku, że boję się utraty tożsamości.  Zdałam sobie sprawę, że jak tylko urodzę dziecko, co więcej, jak tylko ludzie dowiedzą się, że jestem w ciąży, będą mnie inaczej spostrzegać. Co gorsza, ja będę siebie spostrzegać w innym świetle.
infidelchick

Dla większości ludzi niemowlę zmienia życie. Dla większości ludzi to pierwszy raz, gdy muszą przedkładać potrzeby drugiego człowieka nad swoje własne.
Merlin

Chcę, żebyście odpowiedziały na jedno pytanie: „Co nie jest na liście rzeczy, wzbudzających poczucie winy?” Można by pomyśleć, że poprosiłam o nominację do konkursu na najbrzydsze niemowlę. Absolutna cisza zalała salę. „Jaja sobie robią” - pomyślałam. Te kobiety nie potrafią pomyśleć o jednej rzeczy, którą jako matki zrobiły właściwie. Jakie to smutne!
Julie Ann Barnhill, psychoterapeutka i autorka warsztatów dla matek

Każda kobieta obawia się macierzyństwa. Nawet jeśli miała dobre wzorce w rodzinie i wśród przyjaciół, każda kobieta obawia się, czy będzie dobrą matką. Warto zdać sobie sprawę z kilku rzeczy: po pierwsze nie ma matek idealnych (no, z wyjątkiem Matki Boskiej, ale ona jest tylko jedna). Po drugie – to zupełnie naturalne, że nowa sytuacja nas stresuje. Po trzecie – lęk przed macierzyństwem jest w nas podsycany przez współczesną kulturę. Gdy spojrzeć na reklamy, filmy i seriale – mamy zasadniczo dwa wzorce matek. Pierwszy to zawsze uśmiechnięte perfekcyjne panie domu serwujące reklamowane produkty swoim idealnym dzieciom. Celebrytki, będące wg gazet "idealnymi matkami" mimo, iż  z dziećmi widują się kilka razy na miesiąc, załatwiając resztę wychowania telefonicznie. Drugi to biedne kobiety, które metaforycznie flaki sobie wypruwają dla potomstwa, a dzieci i tak są niewdzięczne i sprawiają same problemy (bez tego nie byłoby prawdziwej opery mydlanej).  Gdy nie dorastamy do wyidealizowanego obrazu perfekcyjnej matki od razu wyobrażamy sobie, że jesteśmy beznadziejne.

Prawda leży pośrodku – żadna z nas nie jest idealną mamą, ale każda z nas ma swoje mocne strony jako matka. Obawa, czy dobrze wychowamy dzieci jest naturalna, lecz nie powinna nas paraliżować, a motywować do doskonalenia swoich umiejętności jako wychowawcy i mentora swych dzieci.
Być może znacie kobiety, które rzeczywiście poświęcają się dla domu – zmarnowane, zaniedbane  perfekcjonistki, zawsze niezadowolone z rezultatów, z szmatą w ręku polerujące do lśnienia ostatni kafelek pod zmywakiem w łazience.  Jednak  bycie Panią Domu wcale tego nie oznacza. Wspomniana już Ann Barnhill organizuje dla pozostających w domu kobiet kursy... zarządzania. Kobiety uczą się tych samych technik, jakie poznają i praktykują na co dzień menedżerowie firm – zarządzanie czasem, zasada Pareto, wyznaczanie priorytetów, zarządzanie finansami itp. itd. Dzięki tym kursom kobiety są w stanie wykonać te same zadania natury „domowej” efektywniej, taniej i w krótszym czasie, dzięki czemu zyskują czas potrzebny na inwestowanie w siebie. Rezultatem są prawdziwe panie domu – zadbane, eleganckie, dbające o swój rozwój duchowy, emocjonalny, artystyczny i intelektualny.  Trzeba sobie uświadomić, że bycie panią domu jest jak zarządzanie firmą i dlatego przydatne są techniki wykorzystywane przez menedżerów! Zatem idealna pani domu to nie kobieta perfekcjonistyczna, zaharowująca się na śmierć, a kobieta która odpowiednio zarządza zasobami i uzyskuje doskonałe efekty pracując mądrzej a nie ciężej.

Zarządzanie oraz bardzo ważna umiejętność otwartej komunikacji (umiejętność rozmawiania z mężem o ważnych dla was zagadnieniach, umiejętność zarządzania konfliktem itp. itd) powoduje, że kobieta, matka i żona może bez samopoświęcania i udawania na siłę zadowolonej i pogodnej – rzeczywiście taką być – pogodną, zadowoloną, zadbaną, elegancką „kurą domową” czerpiącą ogromną satysfakcję z bycia żoną i matką.

Inne źródła lęku
Natarczywa propaganda powoduje także, iż dziecko zaczyna być współcześnie spostrzegane coraz częściej jako produkt. Co więcej - produkt z zakresu dóbr luksusowych. Zdarza się wam słyszeć sformułowanie: "nie stać mnie na dziecko" lub "nie stać mnie na więcej dzieci"? Oto efekt. Kobiety mają dziś poczucie, potęgowane przez reklamodawców, że jeśli nie zafundują dzieciom prywatnej szkoły, obozów językowych, markowych ubrań to są złymi matkami. Co gorzej, nawet wśród katolików, niejako z natury otwartych na życie, krytycznym okiem spogląda się na ludzi, którzy (wychodząc z założenia, że Bóg nigdy nie obciąża swoich wiernych większym ciężarem, niż są w stanie znieść) zostawiają Bogu decyzję o liczbie dzieci, które się w ich rodzinach narodzą.

Uprzedmiotowienie dziecka przejawia się też w tym, że coraz częściej stają się narzędziem zaspokojenia potrzeb dorosłych co do "posiadania dziecka". Widać to choćby po zatrważającej liczbie jedynaków. Dla każdej matki obserwującej rozwój dziecka jest oczywiste, że potrzebuje rodzeństwa. Jednak rozmowy z mamami jedynaków koncentrują się wokół potrzeb matek: "Miałam straszny poród, nie chcę tego przechodzić jeszcze raz", "Jeśli znów zajdę w ciążę, stracę kierownicze stanowisko" itp. Zresztą usprawiedliwień, dlaczego poprzestaje się na jednym dziecku są tysiące i wiele z nich brzmi rozsądnie. A jednak za nimi wszystkimi tkwi postawa traktowania dziecka jako rzeczy, która ma zaspokoić MOJĄ potrzebę macierzyństwa. Od razu zaznaczam – nie piszę tu o sytuacji, gdy jedynactwo wynika z przyczyn od nas niezależnych (śmierć małżonka, bezpłodność).

Niegdyś macierzyństwo przedstawiane było jako naturalna rola kobiety i jako takie otaczane najwyższą czcią i szacunkiem. Dziś mówi się o macierzyństwie, jako pewnym hobby, pozwalającym na poczucie się "bardziej kobietą", które nie powinno jej jednak przeszkadzać w spełnianiu ról typowo męskich – osoby utrzymującej rodzinę przez pracę zawodową, robiącej karierę. Kobiety które rzeczywiście starają się być dobrymi matkami i otwierają swe serce na więcej dzieci często spotykają się na co dzień z szykanami lub co najmniej ironicznymi uwagami. Funkcjonują głęboko już zakorzenione stereotypy np. "rodzina wielodzietna to rodzina patologiczna". Wszystko to razem nasila lęk przed macierzyństwem, lęk przed dziećmi.

Lęk przed dzieckiem i pedofobia
Nierzadko zarówno rodzice, jak i dzieci bezkrytycznie przyjmują przedstawiane przez media błędne wzorce życia rodzinnego. W tzw. prasie młodzieżowej, radiu, telewizji, filmach i tekstach popularnych piosenek nader często propaguje się postawy hedonistyczne i pozbawione wszelkiej odpowiedzialności. Współżycie przedślubne, antykoncepcja, zabijanie nie narodzonych, małżeństwa na próbę, "bezpieczny seks", to wszystko stanowi ofertę, którą dzisiejszy świat przedstawia młodym ludziom. Wiąże się ona z cynicznym wyśmiewaniem modelu rodziny opartego na nierozerwalnym związku małżonków, na szacunku dzieci wobec rodziców i poszanowaniu ludzkiego życia od chwili jego poczęcia.
II Polski Synod Plenarny (1991-1999) WSPÓŁCZESNE UWARUNKOWANIA RODZINY, Konferencja Episkopatu Polski i Pallottinum 2001

Istnieje kilka źródeł lęku przed dziećmi (w najbardziej rozwiniętej postaci klinicznej określanego mianem pedofobii). Jednym z najpoważniejszych, jak wykazały prowadzone przez dwadzieścia pięć lat badania Judith Wallerstein8,  jest trauma rozwodu rodziców. Ponieważ często powtarzamy wzorce wyniesione z domu, dzieci rozwiedzionych rodziców same wchodzą w związki, które nie wytrzymują próby lat. I boją się – że zgotują ten sam los swoim dzieciom, lub że zostaną samotnymi rodzicami, co dobrze ilustruje anonimowa wypowiedź z internetu: Jestem jedynaczką wychowaną przez samotną matkę i już w dzieciństwie przysięgłam sobie, że za nic w świecie nie chcę powielić tego schematu - a co zagwarantuje, że nie zostanę "samotną matką"? - tylko i wyłącznie sytuacja, w której nie będę matką w ogóle!

Inną poważną przyczyną lęku przed dziećmi jest tzw. zespół ocaleńca z aborcji, odkryty i dokładnie opisany przez małżeństwo psychiatrów dziecięcych  Filipa i  Marię Ney. Problem ten dotyka nie tylko osób, które miały być zabite w prenatalnym stadium rozwoju, ale z jakiś przyczyn się to nie udało. Dotyczy też rodzeństwa dzieci abortowanych, a także dzieci "chcianych", których rodzice zabiliby gdyby poczęły się w niewygodnym dla nich terminie, lub nie były wystarczająco zdrowe. Jednym z objawów zespołu ocaleńca z aborcji jest właśnie pedofobia i niezdolność do wchodzenia w prawdziwie bliskie, pełne zaufania relacje intymne z drugą osobą.

Co może brzmieć dziwnie, źródłem lęku przed dziećmi mogą być także rodzice nadopiekuńczy. Oznacza to, że osoba, która w dzieciństwie była otaczana maksymalną opieką i miłością, której rodzice starali się zapewnić jak najlepszy rozwój i pomagali unikać trudności, wyrasta w rezultacie na skoncentrowanego na swych potrzebach egoistę, niezdolnego do wejścia w prawdziwie intymną relację z drugą osobą. Przy czym problem ten nie dotyczy wyłącznie jej stosunku do dzieci, lecz do swojego "partnera". Ludzie tacy często bronią się przed podjęciem zobowiązania w postaci związku małżeńskiego, woląc konkubinat, jako nie wymuszający odpowiedzialności za drugą osobę. ("Wolny, nieskrępowany związek" jak to określają.)  Dążenie do "życia pełnią życia" i samorealizacji maskuje w tym wypadku silny lęk przed głębokim zaangażowaniem w relację miłości z drugim człowiekiem.

Pocieszeniem jest fakt, iż wszystkie te problemy można leczyć np. psychoterapią. Z drugiej strony część kobiet cierpiących z powodu swego lęku przed macierzyństwem zamiast poddać się terapii, próbuje udowodnić światu (a przede wszystkim samym sobie), że powołanie do macierzyństwa to tylko kwestia inkulturacji, narzucania kobietom patriarchalnej wizji świata i zniewolenie kobiety. Stąd biorą się wojujące feministki, ziejące nienawiścią do kobiet, które zdecydowały się na macierzyństwo (szczególnie – do matek wielodzietnych). Uważają nas za zmanipulowane, bezmózgie ofiary męskiej przemocy. 

Nutki osobiste – zdrada feministek
A jednak i tu bywają niespodzianki. W 2006 roku feministycznym światem wstrząsnęła znana pisarka Caitlin Flanagan, oświadczając publicznie, że pracujące matki pozbawiają swe dzieci  idealnej dla nich sytuacji - matki pozostającej w domu. W książce To Hell With All That: Loving and Loathing Our Inner Housewife - (Do diabła z tym: Jak kochać i dopieścić swą wewnętrzną kurę domową) Flanagan rozprawia się z mitem, który głosi że kobieta lepiej służy swym dzieciom spełniając się w pracy niż siedząc w domu.

Po burzy gwałtownych protestów feministek wywiadzie dla National Post podtrzymała swe stanowisko: „Powiedziałam prawdę, a gdy mówisz prawdę zawsze pakujesz się w kłopoty. (...) Jeśli kochasz swoją pracę i kochasz swoje dzieci i decydujesz się dać dziecku mniej siebie, idąc do pracy, tracisz coś wielkiego i znaczącego i traci to też Twoje dziecko. Gdybym siedziała tutaj z feministką, powiedziałaby: 'Twoje dzieci będą cię kochać, bo jesteś teraz tak szczęśliwa! I pewnego dnia będą wiedzieć, że ich mam jest kimś ważnym dla świata.' A ja bym odpowiedziała: 'Moje dzieci g...o to obchodzi. Mają teraz osiem lat. Chcą by mama była z nimi i nie winię ich za to.”

Flanagan stawia wyzwanie kobietom zachęcając je do przyznania się do sekretnych marzeń o byciu panią domu. Artykułuje powszechne doświadczenie kobiet – że mężczyznom po prostu nie zależy tak bardzo na estetyce wystroju wnętrz, gładkości wyprasowanych koszul czy braku okruchów na stole w kuchni. To są rzeczy, na których zależy kobietom. Autorka uważa, że o tych sprawach należy rozmawiać: „Jedynym rozwiązaniem jest... powiedzieć to – Jestem kobietą i naprawdę zależy mi na tych rzeczach, a powodem dla którego jestem zła na niego o różne prace domowe jest fakt, że bycie tradycyjną panią domu jest czymś co mnie naprawdę pociąga. A jeśli to prawda – wyzwól swą wewnętrzną kurę domową! (...) Kogo nie pociąga wizja tradycyjnej rodziny, gdzie mąż i dzieci powracają co dzień do czystego, pięknego domu, gdzie wita ich zapach pysznego obiadu i śliczna uśmiechnięta, zadbana mama, a wszyscy razem siadają do wspólnego radosnego posiłku?”

A na koniec kilka słów o mnie. Gdy byłam mała uparcie opowiadałam mamie, że chcę mieć czwórkę dzieci. Wraz z socjalizacją nadchodziło przekonanie, że aby mieć wiele dzieci, trzeba być dobrze sytuowanym materialnie, inaczej jest to nieodpowiedzialne. Do tego doszła silna współczesna indoktrynacja, wyrabiająca we mnie przekonanie, że kobieta obdarzona inteligencją i zdolnościami zobowiązana jest do twórczego wykorzystania swoich talentów dla dobra ogółu, zamiast "pogrzebania talentów w pieluchach". W wyniku tego pierwsze dziecko urodziłam dopiero w wieku 30 lat, z założeniem że jak dobrze pójdzie to zdecydujemy się na jeszcze jedno. Odwróciło to mój świat do góry nogami. Doprowadziło do tego, że po urodzeniu drugiego dziecka zrezygnowałam ze stanowiska kierowniczego i przeszłam na pół etatu, by mieć więcej czasu dla dzieci. Dziś – po urodzeniu bliźniąt - mamy czwórkę dzieci, tak jak sobie wymarzyłam w przedszkolu. A gdy w rozmowach ze znajomymi mówię, że cieszę się z tej czwórki dzieci, czasem słyszę: "Biedna Bogna, sama nie wiesz jak masz wyprany mózg przez kler." Lęk to potężny motywator. Trzeba mieć wiele odwagi, by przeciwstawić się lękowi.