PORADY WYCHOWAWCZE

Na prośbę czytelnika przypominam tekst opublikowany w "Przewodniku Katolickim" w roku 2002. Byłam wtedy mamą jednej, rocznej Dobrusi. Nie miałam jednak wątpliwości, że jesteśmy otwarci na przyjęcie kolejnego. Oczywiście nie wiedziałam wtedy, że będę mamą czwórki, miałam nadzieję, że dam radę przynajmniej z dwójką :D

Kraje Europy Zachodniej, takie jak np. Holandia, Belgia, Francja, doświadczywszy gwałtownego spadku liczby narodzin rozpoczynają powoli politykę prorodzinną, promującą wielodzietność. Podobnie dzieje się w Japonii. Problem zbyt niskiego poziomu urodzin zaczyna być zauważany w tzw. „krajach rozwiniętych”. Do Polski natomiast dotarła moda na bezdzietność, lub jedno najwyżej dziecko.

Jakie padają argumenty w obronie takiej postawy? Poniżej cytuję fragmenty wypowiedzi z pewnego czasopisma kobiecego: „Doszliśmy do wniosku, że nie możemy mieć więcej dzieci. Mamy absorbującą pracę, mnóstwo obowiązków przy Hani i już brakuje nam czasu na własne przyjemności.”, „Pola też marzy o rodzeństwie – mówi Edyta. - Może robię jej krzywdę, ale nie mogę się zdecydować. Też dlatego, że Pola nie miałaby już własnego pokoju.” (podkreślenia własne) Ta dziwna argumentacja zaciekawiła mnie na tyle, by poważniej zająć się problemem.

Z badań, na które natrafiłam wynika, że najczęściej padającym uzasadnieniem braku dzieci, lub pozostania przy jednym, jest trudna sytuacja ekonomiczna. Co jednak ciekawe – jest to argument najczęściej podawany przez małżeństwa, w których obie osoby pracują zawodowo i zarabiają powyżej średniej krajowej. Badane ubogie rodziny wielodzietne w ogóle nie uważały tego tematu za problem. Bynajmniej nie dlatego, że brak im wiedzy o metodach planowania poczęć. Rodziny te uważały, że wiele dzieci to rzecz naturalna i cieszyły się z każdego nowego.

Omawiane badania można podsumować następująco: Dużo dzieci mają ludzie o postawie „dziecko to błogosławieństwo”, dzieci nie chcą mieć ludzie o postawie: „dziecko to obciążenie”. Współczesne media, a zwłaszcza wiele z czasopism kobiecych natrętnie promują tę ostatnią postawę: „Dziecko to nieprzespane noce, brudne pieluszki, sterylizowanie butelek, choroby, kłótnie, zmęczenie, przeszkoda w karierze zawodowej, brak czasu na przyjemności, ogromne wydatki...” Czy naprawdę kolejne dziecko to kolejna katastrofa finansowa i emocjonalna?

Dlaczego warto mieć więcej dzieci?
1) Dzieci posiadające rodzeństwo szybciej uczą się zasad współżycia społecznego.
2) Najstarsze dziecko uczy się odpowiedzialności. To ono opiekuje się maluchami. Jeżeli rodzice dobrze to rozegrają czuwanie nad młodszym rodzeństwem spostrzegają nie jako przykry obowiązek, a objaw zaufania rodziców. Czują się bardziej dorosłe, a przy okazji mają wysoką samoocenę, mogąc być nauczycielem małej siostrzyczki, czy braciszka. Często można zaobserwować jak np. starsza siostra z powagą mówi do młodszej: „Ładnie, grzecznie jedz, to będziesz taka duża jak ja!”
3) Dziecko „środkowe” uczy się bycia negocjatorem i rozjemcą. Konflikty między najstarszym a najmłodszym dzieckiem często są załagadzanie za pośrednictwem środkowego. Badania psychologiczne wskazują, że dzieci środkowe są wrażliwe i łatwe we współżyciu.
Dziecko najmłodsze czasem bywa „wtórnym jedynakiem”, zwłaszcza gdy rodzeństwo jest dużo starsze (kilkanaście lat). Ma większą swobodę niż pozostałe dzieci – starsze rodzeństwo wywalczyło już pewne przywileje u rodziców, więc z nich korzysta. Najmłodsze dziecko jest przyzwyczajone do tego, że ktoś nim kieruje, uczy się szybko umiejętności kompromisu.
4) Dzieci posiadające rodzeństwo szybciej uczą się rozwiązywania problemów. Widać to po przykładzie mojej rocznej córeczki. Nie ma jeszcze poczucia tzw. dystansu interpersonalnego (jest to odległość co najmniej pół metra odruchowo zachowywana przez rozmawiających ze sobą starszych), podchodzi więc tuż do innego dziecka i np. łapie za guzik, zaczynając się nim bawić. Jedynaki najczęściej przestraszone uciekają do rodziców, dzieci mające rodzeństwo – spokojnie odpychają Dobrochnę i robią dalej swoje. Dzieci mające rodzeństwo uczą się samodzielnie rozwiązywać konflikty, są więc bardziej niezależne.

Czy jedynactwo jest złe?
Nie znam jedynaka, który by nie żałował, że nie ma rodzeństwa. Wielodzietność jest naturalna. Jednak problem większości jedynaków związany jest z jego rodzicami. Rodzice, którzy widzą w kolejnym dziecku jedynie obciążenie, zagrożenie kariery itp. świadomie lub nieświadomie komunikują tę postawę jedynakowi. Dziecko jest bystrym obserwatorem. Odczuwa i rozumie o wiele więcej, niż nam dorosłym się wydaje. Odczytuje więc negatywną postawę rodziców, niezależnie od tego, czy wypowiadają ją, czy nie. Wyciąga wnioski: „Mama mówi, że braciszek przeszkodziłby jej w pracy, pewnie też przeszkodziłem jej w pracy, jestem niedobry”. Nadmierna koncentracja rodziców na jedynaku może mieć też negatywne konsekwencje. Paradoksalnie argument „Nie mogę mieć więcej dzieci, bo nie będę miał czasu dla pierwszego” obraca się przeciw rodzicom. Jedynacy mają często w życiu dorosłym problem z dorosłością emocjonalną i oderwaniem się od rodziców. Zakończę cytatem ze znajomego sześciolatka: „Mama mówi, że siostrzyczka kosztowałaby dobre 10000 zł na początek. Nie wiem, ile to jest, ale odkładam kieszonkowe. Może uzbieram?”