Antykoncepcja, choć teoretycznie wymyślona po to, by uchronić kobietę przed nieplanowaną ciążą i przed lękiem z nią związanym, w rezultacie ten lęk nasila, powodując uzależnienie, a czasami prowadząc do fobii i ataków paniki.

"Prawa seksualne i reprodukcyjne" to dziwoląg językowy; za jego pomocą wmawia się ludziom, że mają prawo do promiskuityzmu i unikania jego konsekwencji: ciąży, chorób wenerycznych, AIDS, niepłodności itp. Osoby, które w to uwierzą, z jednej strony czują presję, bo przecież "normalny człowiek uprawia seks często i dużo", a z drugiej strony przeżywają lęk przed konsekwencjami takiego zachowania. Pod wpływem tych emocji mają problem z podejmowaniem trafnych, dobrych dla siebie decyzji.

Zobaczmy, jakie możliwości ma kobieta, która uwierzyła, że powinna często uprawiać seks. Naturalne metody planowania rodziny odpadają, gdyż ich stosowanie wymagałoby na przykład rezygnacji z seksu w dowolnym momencie, "na żądanie". Zostaje antykoncepcja, która jest zawodna, w wielu wypadkach szkodliwa dla zdrowia lub/i obniżająca popęd płciowy i która nie zabezpiecza ani przed chorobami wenerycznymi, ani przed AIDS. Kobieta staje się zatem żyjącą w ciągłym lęku niewolnicą antykoncepcji.

A może to przesada? Praktycznie we wszystkich kolorowych tygodnikach dla kobiet znajdujemy pochwałę antykoncepcji, zwłaszcza wolności przez nią oferowanej, szczególnie w porównaniu z czymś, co z uporem określa się "wysoce zawodną metodą kalendarzykową".
W więzieniu antykoncepcji

Postanowiłam sięgnąć do źródeł – to znaczy autentycznych i szczerych wypowiedzi kobiet stosujących antykoncepcję, tak by nie musieć uciekać się do artykułów sponsorowanych przez producentów "pigułki". Za jedno z miejsc, w których mogłabym znaleźć takie wypowiedzi, uznałam strony i fora zawierające informacje na temat możliwości dokonania aborcji. Po pierwsze dlatego, że na aborcję decydują się przede wszystkim te kobiety, które zawiodła antykoncepcja 1 Po drugie dlatego, że koncentrując się na obronie swojego "prawa wyboru", podkreślają, że są osobami odpowiedzialnymi i rozpisują się swobodnie o swojej postawie wobec antykoncepcji. W innych sytuacjach nie udaje się zwykle uzyskać rzeczywiście szczerej wypowiedzi 2

Oto przykłady takich komentarzy:

"W dziesiątej klasie spotykałam się z moim przyszłym (pierwszym) mężem. Byłam na pigułce, zażywałam ją regularnie, wręcz z religijną fanatycznością i do tego jeszcze używaliśmy kondomów. A mimo to, w jakiś sposób, zaszłam w ciążę".

"Od pięciu lat biorę z religijną nabożnością pigułkę, codziennie o tej samej porze. Nie chcę zajść w ciążę znowu, zanim nie będę na to gotowa. Nie chcę przechodzić przez ból próby wychowywania dziecka, którego tak naprawdę nie chcę. Do tego, muszę dodać, cierpię na ciężki przypadek skoliozy i muszę polegać na środkach przeciwbólowych. Przez ostatnie pięć lat żyłam tylko z dwoma mężczyznami".

"Byłam na pigułce, ale nie podobało mi się, że mnie ciągle mdli, jak ją zażywam, więc próbowałam znaleźć coś, co bardziej mi będzie pasować. Próbowałam kapturka, ale irytowało mnie zakładanie go, więc poszłam do lekarza po spiralę, ale spirala nie pasowała, bo jak na ironię nigdy nie byłam w ciąży i macica była za ciasna, by ją wpasować. Więc planowałam spróbować czegoś innego w kolejnym tygodniu i jak głupia, raz miałam stosunek bez żadnego zabezpieczenia poza prezerwatywą! Jakie to ironiczne! Jeden raz bez zabezpieczenia wystarczył. A tak to zawsze, zawsze, panicznie wręcz dbałam o to, żeby stosować co najmniej dwie metody zabezpieczenia naraz!".

"Moją aborcję miałam w tym roku. Żyłam z moim facetem i baliśmy się ciąży. Brałam pigułki codziennie, dokładnie o tej samej porze, każdego pieprzonego dnia, z pieprzoną, świrowatą wręcz dokładnością, a i tak zawiodły. Teraz dziewczyny mi mówią, jak byłam głupia, że polegałam tylko na pigułkach, że to oczywiste, że trzeba się zabezpieczyć na kilka sposobów".

"Miałam aborcję, bo nas zawiodła antykoncepcja. Teraz się pilnuję. Mam spiralę, ale na wszelki wypadek zawsze po seksie biorę też pigułkę dnia następnego".

"Byłam na pigułce, zawsze straszliwie wręcz dbałam, by o niej pamiętać, ale nigdy nie uświadomiłam sobie, że jeśli od czasu do czasu opuszczę jedną z nich (a nie współżyję tego dnia), to może obniżyć jej skuteczność".

"Ktoś mógłby pomyśleć, że 33–letnia, inteligentna, światowa i rozsądna dziewczyna będzie wiedzieć, jak NIE zajść w ciążę! Byłam wręcz paranoiczna! Fanatycznie brałam pigułkę dokładnie tak, jak przepisano. Byłam przesadnie dbała o to. Dbałam o to, by mieć pod ręką pigułkę dnia następnego i jeśli tylko zaszła najmniejsza szansa, że kondom przeciekł albo że nie wzięłam swojej pigułki precyzyjnie o stałej godzinie, zażywałam ją. A jeśli jej akurat nie było pod ręką – natychmiast leciałam po nią do apteki".

"Miałam pierwszą aborcję w wieku 16 lat. […] Po tym doświadczeniu brałam swoją pigułkę z nabożnością wręcz religijną. Nie zażywałam żadnych innych leków (np. antybiotyków), które mogłyby wpłynąć negatywnie na jej skuteczność. I znowu zaszłam w ciążę, mając 19 lat. OK, takie rzeczy się zdarzają. Druga aborcja. Znowu na pigułce (tym razem o wiele silniejszej formule), ZAWSZE z prezerwatywą, jestem w ciąży – lat 21".

"Boję się, że musiałabym to [aborcję] przechodzić znowu, więc nikt inny na świecie nie jest bardziej dokładny niż ja w braniu pigułki. Zawsze mam jej zapas, a jak zbliża się do końca, czuję, że wpadam w panikę i lecę po kolejne opakowania. Po prostu muszę je mieć zawsze przy sobie. Kto wie, czy się nie zdarzy, że pójdę na niespodziewaną imprezę. Mogę nie mieć szczoteczki do zębów czy zmiany bielizny, ale pigułka musi być. To moje bezpieczeństwo".

"Nie chciałam brać pigułki, bo po niej nie miałam ochoty na seks, ale mój chłopak naciskał, więc jednak ją brałam. Musiałam, nie mogłam przecież zajść w ciążę. I niech mi Bóg świadkiem, że byłam naprawdę staranna, że chociaż mi się to nie podobało, brałam ją zawsze o tej samej godzinie, a i tak zaszłam w ciążę".

Jak widzimy, same autorki "świadectw" podkreślają ogromną rolę lęku i nerwicy natręctw w swoim podejściu do antykoncepcji.

Prawdopodobnie pojawią się tu zarzuty, że dopiero doświadczenie aborcji powoduje lękową koncentrację na antykoncepcji. Jednak aż 6 spośród powyższych 10 wypowiedzi dotyczy uzależnienia od antykoncepcji już przed aborcją. Dziesięć wypowiedzi to próbka niemiarodajna, przeanalizowałam jednak ponad 100 przypadków i proporcja jest ta sama – tylko 40 procent kobiet uzależniło się od antykoncepcji i zaczęło odczuwać lęki z nią związane po aborcji. Reszta (60 procent) doświadczała tego niezależnie od aborcji.
Pod presją autorytetu

"Po porodzie poszłam na badanie do lekarza prowadzącego moją ciążę. Patrzę, a on mi wypisuje receptę. Przestraszyłam się, że coś jest nie tak, i zapytałam, co to za leki. A on na to: »Jak to co, pigułki antykoncepcyjne«. Gdy powiedziałam, że stosujemy metody naturalne, wybuchł: »Czy pani zgłupiała? Jak może pani być tak nieodpowiedzialna, chce pani od razu zajść w ciążę? To niebezpieczne dla zdrowia i pani, i płodu!«. Gdy się upierałam, że recepty nie wezmę, skwitował: »Zobaczy pani, za miesiąc będzie mnie pani błagać o te pigułki«".

Opowieść koleżanki zwróciła mi uwagę na problem lekarzy ginekologów. Wielu z nich nic nie wie o naturalnych metodach planowania rodziny lub sprzeciwia się im ze względów ideologicznych i nakłania pacjentki do stosowania antykoncepcji. Moja koleżanka wyszła od lekarza zdruzgotana. Mimo postawienia na swoim miała wątpliwości i poczucie winy, że naraża swoje ewentualne drugie dziecko na ryzyko. Dopiero rozmowa ze znającym się na metodach naturalnych ginekologiem przywróciła jej spokój. Szczęśliwie mieszka w dużym mieście – tu można znaleźć kogoś kompetentnego. Istnieją jednak w Polsce miejsca, gdzie jedyny ginekolog może się zachować tak samo jak ten, do którego moja koleżanka trafiła na początku. Żyjemy co prawda w dobie Internetu, a tam można znaleźć wiele informacji o naturalnym planowaniu rodziny, jednak sytuacja kobiety poddanej presji "autorytetu" lekarskiego jest bardzo trudna.
Wyjście z więzienia

Inne świadectwa można usłyszeć z ust kobiet, które zdecydowały się przejść na naturalne metody planowania rodziny. Mówią one przede wszystkim o wolności, niektóre nazwały to wprost wyzwoleniem z piekła.

"Zupełnie odrębna sprawa to moje samopoczucie od czasu wdrożenia metody. Czuję się świetnie, bo przestałam traktować mój organizm jak wroga, którego muszę obezwładniać podstępnymi metodami, ale który i tak ciągle na mnie czyha, ale jak przyjaciela, który pracuje dla mnie" ("Fundamenty Rodziny" 1999/31).

"Nie wdając się w szczegóły: pierwsze zastrzeżenie (do pigułki) to przeróżne skutki uboczne. Nawet jeśli nie są same w sobie zbyt dotkliwe i nie wpływają na ogólne funkcjonowanie organizmu, to jednak skutecznie potrafią obrzydzić życie! Mój ulubiony przykład: pigułka (więc można zawsze…) plus środki przeciwgrzybiczne, plus żel nawilżający (bez którego po paru miesiącach pigułki ani rusz) = nie da się prawie nigdy. To jakaś paranoja! Od męża wymaga to naprawdę o wiele większego samozaparcia niż kilkudniowe przerwy przy metodach naturalnych. A do tego jeszcze ginekolog, który twierdzi, że przy pigułce tak musi być, choćby nie wiem jaka była nowoczesna. […] Teraz mogę też w pełni docenić to, że jestem sobą, nie jestem »hormonalnie modyfikowana«, wszystkie dolegliwości, które miałam wcześniej, przeszły, jak ręką odjął. Kiedy, biorąc tabletki, skarżyłam się mojemu ginekologowi na obniżenie libido, stwierdził lekko, że owszem, tabletki mogą to powodować, ale główną przyczyną jest z pewnością spowszednienie naszego związku. (Dobrze mieć taką gotową odpowiedź na wszystko). »Spowszednienie« przeszło, jak ręką odjął, kiedy odstawiłam tabletki!" ("Fundamenty Rodziny" 1999/28).

"Aż trudno uwierzyć, że z dnia na dzień rozwiązane zostały wszystkie nasze problemy seksualne. Zabrało mi dużo czasu przełamanie starych nawyków myślowych, żeby podczas seksualnego zbliżenia nie myśleć, czy wzięłam dzisiaj pigułkę lub kiedy pójść i włożyć krążek. Natychmiast odpadły kłopoty z antykoncepcją. Mogłam być obecna w doznaniach od początku do końca seksualnego zbliżenia. To było cudowne!" (npr.pl)

"Gdy przeszliśmy na npr, poczułam się wyzwolona z piekła. Wreszcie jestem panią swojego ciała, a nie niewolnicą pigułki. Wreszcie, gdy kocham się z mężem, nie dręczą mnie natrętne myśli: »Czy aby na pewno wzięłam pigułkę?«. Wreszcie mam poczucie zdrowia, nic mi nie dolega, żadnych skutków ubocznych. Wreszcie mogę cieszyć się seksem. Mogę być sobą!" (z prywatnej korespondencji).

A oto świadectwo kobiety, która po siedmiu latach stosowania antykoncepcji hormonalnej pod wpływem wzrostu świadomości zagrożenia rakiem zaczęła poszukiwać innych możliwości i w końcu trafiła na książkę poświęconą naturalnemu planowaniu rodziny: "Powoli zdałam sobie sprawę, że nigdy nie znałam swojego ciała, swej płodności, swojego małżeństwa, swojej wiary. […] Teraz mogłam uwolnić się od tabletki hormonalnej i jej skutków ubocznych, takich jak tycie i poirytowanie. Mogłam cieszyć się seksem wolnym od nieestetycznych i niewygodnych metod »barierowych«. Mogłam też zacząć się cieszyć swym ciałem, takim jak Bóg je stworzył – przyjmując płodność za błogosławieństwo, a nie klątwę" (www.richmonddiocese.org).

Wyjście z więzienia antykoncepcji jest zatem możliwe. Niestety, wielu polskich ginekologów zna się wyłącznie na antykoncepcji, co prowadzi najczęściej do wyśmiewania naturalnych metod planowania rodziny. Z drugiej strony dostępnych jest wiele stron internetowych, pozycji książkowych oraz kursów, na których można się nauczyć tych metod. Zacząć można od strony http://npr.pl.
Kto na tym robi biznes?

Kiedyś, przeglądając polską proaborcyjną stronę internetową, trafiłam na ciężki i emocjonalny zarzut, że osobami sprzeciwiającymi się antykoncepcji i aborcji kieruje motyw zyskania władzy i całkowitej kontroli nad funkcjami rozrodczymi kobiet. Oczywiście logiczne pytanie brzmi – ale po co? Po co mieć władzę nad funkcjami rozrodczymi kobiet? Tak dla czystej, sadystycznej satysfakcji? Patrząc, być może cynicznie, lecz praktycznie, raczej zadajmy sobie pytanie, kto na tym zarabia. I ile zarabia.

Nie są potrzebne skomplikowane obliczenia. Koszt pigułek antykoncepcyjnych plus prezerwatyw (liczę w ten sposób, ponieważ większość "świadectw" mówiła o konieczności podwójnego zabezpieczenia), środków nawilżających pochwę oraz przeciwgrzybicznych to około 45 zł miesięcznie. Jest to cena uśredniona, ponieważ istnieją zarówno środki, za które kobieta zapłaci zaledwie kilka złotych (traktowane jak lek i refundowane przez NFZ), jak i środki kosztujące 100 złotych. Dziewięć milionów kobiet w Polsce w wieku rozrodczym to rynek, na którym firmy farmaceutyczne mogą zarobić 4 860 000 000 zł rocznie. Gdyby te same kobiety stosowały wyłącznie naturalne metody planowania rodziny, można by na nich zarobić grosze – bo wydatki w ciągu roku na sprawy związane z seksem to koszt termometru.

A są to pieniądze zarobione wyłącznie na samej antykoncepcji. Gdyby doliczyć do tego koszty aborcji (no bo przecież metody antykoncepcyjne bywają zawodne), zapłodnienia in vitro (naiwnością byłoby mieć nadzieję, że wieloletnie zażywanie sztucznych hormonów nie rozreguluje równowagi hormonalnej organizmu), zyski stają się porównywalne z zyskami pochodzącymi z handlu narkotykami.

Kwestia stosowania antykoncepcji to nie sprawa przynależności lub nie do Kościoła katolickiego. To kwestia odrobiny zdrowego rozsądku, dbania o swoje zdrowie i decyzji, czy ma nami kierować lęk przed zajściem w ciążę, czy niezmącona lękiem radość ze zbliżenia seksualnego. Decyzji, by przestać traktować swe ciało jak wroga, a płodność jak przekleństwo, a zacząć się cieszyć takim ciałem, jakie stworzył Bóg.


Tekst opublikowany "W drodze" nr 9/2008
nagrodzony "Znakiem dobra" edycja za rok 2008
Autor grafiki: Notoryczna


1 Z badań przeprowadzonych w Edynburgu w roku 2007 wynika, że stanowią one nawet 3/4 kobiet poddających się aborcji.
2 Nie podaję źródeł, aby nie robić niepotrzebnej reklamy.